Najchętniej maluję policzki

Wiercę się, nie śpię spokojnie, śnią się dziwadła. Budzę się już posmutniała, bo nic się nie zgadza. Nic mnie tak nie wytrąca z równowagi, jak niebieskie migdały, śniące się całą, długą noc. Wygryzam wszystko od środka, nie zatrzymuję się na ławkach.

Pierwszy grudniowy

Znowu ta sama historia. Przekręcam czule oczko w pierścionku, coby nieco bardziej na wprost… I zagapiam się, i wyjadam truskawki z kompotu. Włosy mam miękkie, jak ostatnio były na wiosnę, nie mogę od nich oderwać palców. (Choć nudzą mi się już bardzo moje opuszki.) Oczy posmutniałe, język pogryzłam okrutnie. Śnią się jakieś podłe kleksy, takie, co kłują w bok. Źle sypiam. Naprawdę nie mam siły na ciągle jedną i tę samą historię – nie wiem jak to ograć, jak się pogodzić. Minę mam gorzką i wyraźnie niezadowoloną. Czasami się śmieję szalenie, ale to rzadko, i zaraz potem „bardzo mnie martwi to, tamto…”, aż żal. Chciałabym wreszcie komuś wystarczać. I żeby śniegu porządnie napadało.

Bez tytułu

Poprawiam co chwila włosy za ucho, odbieram telefony i dostaję zaproszenia od różnych ludzi. Człapię chodnikami – nie spieszy mi się, ale się spieszę, bo zimno. Naciągam czapkę na uszy, czoło… Stoję w kolejkach, pakuję walizki. Czekam i czekam. Przysypiam czasami, choć to nigdy nie wypada. Śnieg pada i pada, coraz bielej na przystankach, a ja wychodzę z domu na osiem kilometrów.

Nie wymiguj się, nie wierć, zostań, gdzie jesteś

Nie wyślizguj mi się z rąk. Nie krusz się, nie osypuj, zostań w dłoni. Nie wypadnij przypadkowo, między cztery stołu nogi, w to dziwne miejsce na podłodze pod kanapą, tam, gdzie nie widać z góry… Nie w kąt i za kaloryfery. Nie wymiguj się, nie wierć, zostań, gdzie jesteś. Nie zaciskaj powiek, ani ust w cienką linię. Nie wyłamuj palców, nie przestępuj z nogi na nogę. Nie krzyżuj rąk na piersi. Spokojnie. Mam gładkie dłonie, będzie Ci wygodnie. Oprzyj o mnie policzki, na zmianę raz jeden, raz drugi. Ugrzej nos. Połaskocz mnie rzęsami. Nie wylewaj mi się z rąk. Westchnij ciężko, a będzie Ci lżej – nie myśl o ponurych listopadach, o dziurach w chodnikach, nie zaprzątaj sobie głowy. Nie planuj wtorków, czwartków i niedziel, wyśpimy się, zaparzymy dużo kawy, pójdziemy razem, gdzie trzeba będzie. Nie zasiedź się, nie zdrętwiej, nie zakurz, nie przezięb. Trzymam Cię. Na tyle mocno, że jeśli sam nie zechcesz, na pewno nie spadniesz. A kiedy zapragniesz – nie ściskam wcale – wyjdziesz po cichu, pomału. Na stałe.

Możesz więcej się nie bać

Teraz, to już tylko chowam twarz w dłoniach i próbuję nie oszaleć ze szczęścia. Miałam rację, ja nie miewam pecha – mnie szczęście goni i nawet jak przypadkowo drzwi na cztery spusty pozamykam, albo w chwili jakiejś tam rozpaczy, to ono czeka cierpliwie i w końcu „dzień dobry”, i w końcu „no nareszcie jesteś!”.

Maleńka, nie wolno się żegnać w ten sposób

Nic we mnie nie gra, czasem tylko cicho mruczy „you are my sunshine, my only sunshine, you make me happy when skies are gray”… A jak na chwilę nieco się roztańczę, to wtedy „było to temu z rok, było w maju, pachniał bez wzdłuż i wszerz w całym kraju”. Bardzo, bardzo szybko chodzę i stukam obcasami, piję parzoną kawę, zapisuję sobie tytuły książek, które muszę przeczytać, trzymam ręce w kieszeniach płaszcza i zostawiam parasolkę w dziwnych miejscach. Rozpuszczam włosy i odpowiadam każdemu „nie mam czasu”, chociaż mam ale wolę na spacer iść. Wstaję okrutnie wcześnie, wychodzę z domu zawsze przed czasem i marznę potem na przystanku, bo tramwaj ani razu wcześniej wyjechać nie chce.. Śnią mi się sny poplątane albo wcale nic się nie śni, jak się wkurzam to myję podłogi w mieszkaniu i tym sposobem jest już 20. października.

Nie liczy się nic, liczą się przyspieszone tętna

Jestem z siebie zadowolona. Wybaczam sobie wszystko i tak mi z sobą „w zgodzie”, tak „w porządku” i nie płaczę już w tym roku. Nigdy nie miałam chyba przy sobie tak wspaniałych, mądrych ludzi, przy których nie muszę cedzić słów. Nikt mi nie wadzi, nikomu nie jestem zgryzotą. Tańczę, robię co kocham, śmieję się do łez i promienieję. Dostaję kwiaty i buziaki, wszyscy uśmiechnięci do mnie w tym ponurym styczniu. Najważniejsze, że codziennie wszystko we mnie tańczy – dopóki tańczy, wszystko inne da się zorganizować, zacząć, pogodzić. Coś nieustannie we mnie gra. Oczy wesołe, nogi ciągle bolą, i usta choć pogryzione, śmieją się.

Zrobiło mi się tęskno za burym Paryżem, jak kałuże chlapały i kawa stygła w rękach, jak uciekałam przed deszczem, zasypiałam stęskniona, bo wszyscy tak ode mnie daleko. Oglądam zdjęcia i stwierdzam, że zwyczajnie „fajnie było”. Marzą mi się już kolejne wakacje. Miłego ponurego stycznia wszystkim, choć nikt nie czyta bo i ja nie piszę już prawie wcale. Pozdrawiam, M.

Jeszcze raz, dobitniej

Powiedział Pan: „daję Wam ogień, podajcie sobie ręce i żyjcie w zgodzie. Żyjcie w zgodzie z ptakami. Niech płoną serca i oczy Wasze niech nigdy nie znają łez.” Odszedł, a ciało swe pogodził z ptakiem i wiecznym cierpieniem. I była miłość i była zgoda. Każdy był wolny, wolny był każdy ptak. Pewnego dnia pękło Niebo i lunął straszny deszcz. Wtedy krzyknął ktoś i chłód ogarnął wszystkie serca, a w oczach pojawił się strach. Ludzie podali sobie noże zamiast rąk i upiekli ptaki.

Złość jest chorobą duszy

Przesypiam popołudnia. Siedzę do nocy, bo oczy nie chcą się zamknąć. Z nosa kapie i z oczu tak samo. Nic już nie pomaga. Wstyd mi, bo nie myślę, zanim coś powiem. Przestaję lubić wiele rzeczy, bo sobie wmawiam, że to nie dla mnie. Zamykam się. Codziennie tylko „nie chcę o tym mówić” i marnuje dużo czasu. Nie tańczę, nie chodzę na spacery ani z podniesioną głową. Jakoś mnie mniej i oczy ściemniały. Do tego co noc same koszmary. Ale jak to powiedział Wiesław Myśliwski – nigdy nie wiadomo czy tak, jak człowiek by chciał, nie byłoby akurat gorzej. Witaj, jesieni.

Niebo aż pęka

Z nadmiaru piękna.