Nie wymiguj się, nie wierć, zostań, gdzie jesteś

Nie wyślizguj mi się z rąk. Nie krusz się, nie osypuj, zostań w dłoni. Nie wypadnij przypadkowo, między cztery stołu nogi, w to dziwne miejsce na podłodze pod kanapą, tam, gdzie nie widać z góry… Nie w kąt i za kaloryfery. Nie wymiguj się, nie wierć, zostań, gdzie jesteś. Nie zaciskaj powiek, ani ust w cienką linię. Nie wyłamuj palców, nie przestępuj z nogi na nogę. Nie krzyżuj rąk na piersi. Spokojnie. Mam gładkie dłonie, będzie Ci wygodnie. Oprzyj o mnie policzki, na zmianę raz jeden, raz drugi. Ugrzej nos. Połaskocz mnie rzęsami. Nie wylewaj mi się z rąk. Westchnij ciężko, a będzie Ci lżej – nie myśl o ponurych listopadach, o dziurach w chodnikach, nie zaprzątaj sobie głowy. Nie planuj wtorków, czwartków i niedziel, wyśpimy się, zaparzymy dużo kawy, pójdziemy razem, gdzie trzeba będzie. Nie zasiedź się, nie zdrętwiej, nie zakurz, nie przezięb. Trzymam Cię. Na tyle mocno, że jeśli sam nie zechcesz, na pewno nie spadniesz. A kiedy zapragniesz – nie ściskam wcale – wyjdziesz po cichu, pomału. Na stałe.

Możesz więcej się nie bać

Teraz, to już tylko chowam twarz w dłoniach i próbuję nie oszaleć ze szczęścia. Miałam rację, ja nie miewam pecha – mnie szczęście goni i nawet jak przypadkowo drzwi na cztery spusty pozamykam, albo w chwili jakiejś tam rozpaczy, to ono czeka cierpliwie i w końcu „dzień dobry”, i w końcu „no nareszcie jesteś!”. Dawno, dawno nie byłam rozpromieniona w ten sposób. Z podekscytowania nie mogę zasypiać, a gdy się budzę to pierwsze co – jaka ja jestem nareszcie szczęśliwa. Nie mogę tylko rozstrzygnąć, czy to przypadek, czy tak to „miało być” – czy gdyby nie my, to ktoś inny, czy zupełnie nie ma mowy? Wierzę, że mowy nie ma. Postanawiam, że to będziesz Ty. Postanowiłam to już właściwie w jednej z pierwszych chwil, zwyczajnie to sobie zaplanowałam – inaczej się nie godzę, nie biorę niczego w zamian. Postanawiam, że to będziesz Ty.

Maleńka, nie wolno się żegnać w ten sposób

Nic we mnie nie gra, czasem tylko cicho mruczy „you are my sunshine, my only sunshine, you make me happy when skies are gray”… A jak na chwilę nieco się roztańczę, to wtedy „było to temu z rok, było w maju, pachniał bez wzdłuż i wszerz w całym kraju”. Bardzo, bardzo szybko chodzę i stukam obcasami, piję parzoną kawę, zapisuję sobie tytuły książek, które muszę przeczytać, trzymam ręce w kieszeniach płaszcza i zostawiam parasolkę w dziwnych miejscach. Rozpuszczam włosy i odpowiadam każdemu „nie mam czasu”, chociaż mam ale wolę na spacer iść. Wstaję okrutnie wcześnie, wychodzę z domu zawsze przed czasem i marznę potem na przystanku, bo tramwaj ani razu wcześniej wyjechać nie chce.. Śnią mi się sny poplątane albo wcale nic się nie śni, jak się wkurzam to myję podłogi w mieszkaniu i tym sposobem jest już 20. października. Oddycham głęboko.

Nie liczy się nic liczą się przyspieszone tętna

Jakże jestem z siebie zadowolona. Wybaczam sobie wszystko i tak mi ze sobą „w zgodzie”, tak „w porządku” i nie płaczę już w tym roku. Oficjalnie zabieram się do pracy, ale i bawię się świetnie. Nigdy nie miałam chyba przy sobie tak wspaniałych, mądrych ludzi, przy których nie muszę cedzić słów. Nikt mi nie wadzi, nikomu nie jestem zgryzotą. Tańczę, robię co kocham, śmieję się do łez i promienieję. Jestem promienna niczym Słońce. Dostaję kwiaty i buziaki, wszyscy uśmiechnięci do mnie w tym ponurym styczniu, więc jak tu się nie cieszyć. Najważniejsze, że codziennie wszystko we mnie tańczy… Dopóki tańczy, wszystko inne da się zorganizować, zacząć, pogodzić. Coś nieustannie we mnie gra. Oczy wesołe, nogi ciągle bolą, i usta choć pogryzione, śmieją się. Jakże wszystko jest w porządku.

Zrobiło mi się tęskno za burym Paryżem, jak kałuże chlapały i kawa stygła w rękach, jak uciekałam przed deszczem, zasypiałam stęskniona, bo wszyscy tak ode mnie daleko. Oglądam zdjęcia i stwierdzam, że zwyczajnie „fajnie było”. Marzą mi się już kolejne wakacje. Ale póki co, jeszcze półtora tygodnia przede mną, pracy, spania, porządku i zgody. Potem zobaczymy. Odradza się moja miłość, Happysad zawsze koi nerwy. Miłego ponurego stycznia wszystkim, choć nikt nie czyta bo i ja nie piszę już prawie wcale. Pozdrawiam, M.

Jeszcze raz, dobitniej

Powiedział Pan.. powiedział Pan „Daję Wam ogień, podajcie sobie ręce i żyjcie w zgodzie.. żyjcie w zgodzie z ptakami. Niech płoną serca i oczy Wasze niech nigdy nie znają łez, nie znają łez..”. Odszedł, a ciało swe pogodził z ptakiem i wiecznym cierpieniem.. i była miłość i była zgoda.. Każdy był wolny, wolny był każdy ptak. Pewnego dnia, pewnego dnia pękło Niebo i lunął straszny deszcz. Wtedy krzyknął ktoś i chłód ogarnął wszystkie serca, a w oczach pojawił się strach.. Ludzie podali sobie noże zamiast rąk i upiekli ptaki..

Złość jest chorobą duszy

Przesypiam popołudnia. Siedzę do nocy, bo oczy nie chcą się zamknąć. Z nosa kapie i z oczu tak samo. Nic już nie pomaga. Wstyd mi, bo chyba czas się już uspokoić, ile razy można płakać z tego samego powodu. Wstyd mi, bo nie myślę, zanim coś powiem. Przestaję lubić wiele rzeczy, bo sobie wmawiam, że to nie dla mnie. Zamykam się. Codziennie tylko „nie chcę o tym mówić” i marnuje dużo czasu. Nie tańczę, nie chodzę na spacery ani z podniesioną głową. Jakoś mnie mniej i oczy ściemniały. Do tego co noc same koszmary. Zresztą… Jak to powiedział Wiesław Myśliwski – nigdy nie wiadomo czy tak, jak człowiek by chciał, nie byłoby akurat gorzej. Witaj, jesieni.

Niebo aż pęka

Z nadmiaru piękna.

Znowu trzęsie mi się broda

Jak to dobrze, że już prawie jesień. Nie trzeba udawać, bo wiele bród się teraz trzęsie i zęby zgrzytają, nosy pociągają brzydko, a nogi byle szybciej, niezgrabnie, bo zimno i deszcz. Nikt nie zauważa już tak wiele, bo szybciej chodzi i nie kręci głową. Nie muszę ciągle myśleć o tym, czy mam nos czerwony i usta popękane wyglądają spod pomadki. Wracają herbaty z miodem. Pierwsze jesienne koty za płoty. Zaczynam stawać na nogi i o siebie dbać. Jak to co roku, na jesień. Chociaż wszystko mnie i siebie nawzajem od września pogania, to jakoś sobie radzę. Próbuję się wywiązywać z obowiązków, choć głowę ciągle i tak zajmuje mi myśl, że niedługo już złote liście, święta, przerwa zimowa, długie, wymarzone, studniówkowe suknie i matura. I najbardziej oczekiwany okres wszech czasów – czteromiesięczne wakacje, a po nich studia. Tak mnie już daleko ponosi, ale czy to nie lada moment? Ta myśl wzbudza we mnie chyba wszystkie możliwe emocje, od przerażenia i beznadziei, po prostą radość i szczęście niemieszczące się w dłoniach. Nie jestem zniecierpliwiona. I tak za szybko to wszystko minie. Zaraz środek września, a ja piszę pierwszy wpis o jesieni, a to zawsze przecież w październikach i listopadach najwięcej tu było o moich smutkach i wzruszeniach. Miłych wieczorów.

„Nic nie szkodzi”, odparłam

Ale szkodziło. Jak wszystko, czego nie mogłam ani wytrzymać, ani zmienić.

Chyba więcej szczęścia mają nie Ci co się rodzą a Ci, co umierają

Całe życie płacz o to samo i na stosie się palę. Każdy kto kolejny, przynosi takie uczucie, że wszystko mi się pali – wszystko co mam w brzuchu, oczy, język, włosy, ręce, wszystko stoi w płomieniach. A ja nic z tym zrobić nie mogę. Całe życie płacz o to samo, bo mi się myli. Ludzie to nikt taki, nie należy oczekiwać zbyt wiele.